Archiwa tagu: Krzysztof Skonieczny

Kocham cię Hardkor Disko

 

Chyba się zakochałam.

Wyobraź sobie.

Widzisz go tylko raz i już zaczynasz robić rzeczy, na które nigdy wcześniej byś sobie nie pozwoliła, idziesz za nim, bo on chce. To jak amok przemieszany z marazmem. Chcesz to powtórzyć, ale podskórnie czujesz, że on może nie mieć ci nic do zaoferowania. Tak mało mówi, to jest seksowne, ale może okazać się, że zwyczajnie nie ma nic dopowiedzenia.

No i co z tego!? Chcę do niego wrócić! Nawet jeżeli „Hardkor Disko” to tylko kolejna impreza,  której treść jest ograniczona, niczym dawka kokainy, to i tak ja tu zostaje „do umarcia”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać mało, ale przecież kopnie, musi kopnąć i „dopie*dolić zmysły”, obiecywali przecież w zwiastunie, wszyscy widzieliśmy, słyszeliśmy będzie hardkor.

Nie będzie.

Będzie.

Zależy, co masz na myśli. Czy wolisz żywncem zamarznąć, czy spłonąć. Której opcji byś nie wybrał, będziesz czuł wszystko dokładnie w każdej chwili, aż do napisów końcowych. „Hardkor Disko” albo rozpala do czerwoności albo studzi emocje faktem, że debiut Skoniecznego nie jest tak głęboki jak jego off.

Obraz odurza, sczytujemy każdy pojedynczy kadr, każdą grudkę tego psychotycznego amoku wcieramy sobie w mózg, a jednak może zostawiać intelektualny niedosyt. Wszystko jest dokładnie jak w życiu, jak mogłoby być, jak byśmy chcieli, żeby było, żeby tak wyglądało. Trzeba wziąć najlepszy melanż, najfajniejsze laski i chłopaków, wycisnąć z nich esencję, dobrze podświetlić i dać podkład muzyczny, szybki montaż i nie chce się wracać do domu. Jesteśmy częścią tego teledysku, na kinematograficznym haju, łykamy pigułki z napisem „Jarmusch”, „Kieślowski”, „Haneke” wszystkie są dobre.

Skonieczny nie odkrył prochów, on syntezował nowe ze sprawdzonych ingredientów, do czego przyznaje się w dialogach.   Wszystko jest powiedziane, nie ma pretensji. Nieustająca impreza przerywana jest aktami zbrodni, ascetycznymi, surowymi;  śmierć jak w życiu, bywa niewidowiskowa, a do tego wydaje się być nieuzasadniona. Ale to nie miał być przecież film o zabijaniu, tylko o rozpaczliwej miłości, o poszukiwaniu tożsamości, jak chciał reżyser. Marcin (Kowalczyk) doskonale wie co robi, wszystko przemyślał, obsadził role, przypisał winy i będzie wymierzał sprawiedliwość, bo jest buntownikiem. I przez tę kontestatorską pozę jest pociągający do tego stopnia, że można my wybaczyć nawet zbrodnię. On z nami gra, być może chodzi o rozszyfrowywanie metafor, zrywanie kurtyn, można dać się wciągnąć lub nie. Może rodzice symbolizują tu pokolenie, które zostawiło młodych samym sobie? A może Skonieczny udowodnił nam właśnie, że przeżarła nas popkultura, że życie stało się tylko ilustracją, że sens jest nieabsolutystyczny, że nie ma już czego szukać, nie ma na co czekać. Jesteśmy dobrze ubrani, ładni, żyjemy w designerskich wnętrzach, a imprezy są malownicze. Interesujemy się czymś, dokładnie nie wiadomo czym, ale jesteśmy bohemą, nie musimy wiedzieć, jesteśmy artystami.

Nie każdy musi łykać stymulanty Skoniecznego, nie każdy nabierze się na jego wizje i rzekomą iluminację, dlatego za najbardziej trafione uważam porównanie „Hardkor Disko” do „Spring Breakers”. Magia muzyki i zaklinanie obrazem  trącą próżną przepychanką na nowe szaty króla. I tu jest to zwierciadło, w którym ma się przejrzeć nasze pokolenie, nie w treści tylko w formie, bo my jesteśmy o niczym. Trochę o miłości, trochę o wódce i narkotykach, trochę o seksie i filmach. O niczym konkretnym. Zupełnie jak ta recenzja.

8/10

Paula Wakuluk