Archiwa tagu: kino polskie

Kocham cię Hardkor Disko

 

Chyba się zakochałam.

Wyobraź sobie.

Widzisz go tylko raz i już zaczynasz robić rzeczy, na które nigdy wcześniej byś sobie nie pozwoliła, idziesz za nim, bo on chce. To jak amok przemieszany z marazmem. Chcesz to powtórzyć, ale podskórnie czujesz, że on może nie mieć ci nic do zaoferowania. Tak mało mówi, to jest seksowne, ale może okazać się, że zwyczajnie nie ma nic dopowiedzenia.

No i co z tego!? Chcę do niego wrócić! Nawet jeżeli „Hardkor Disko” to tylko kolejna impreza,  której treść jest ograniczona, niczym dawka kokainy, to i tak ja tu zostaje „do umarcia”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać mało, ale przecież kopnie, musi kopnąć i „dopie*dolić zmysły”, obiecywali przecież w zwiastunie, wszyscy widzieliśmy, słyszeliśmy będzie hardkor.

Nie będzie.

Będzie.

Zależy, co masz na myśli. Czy wolisz żywncem zamarznąć, czy spłonąć. Której opcji byś nie wybrał, będziesz czuł wszystko dokładnie w każdej chwili, aż do napisów końcowych. „Hardkor Disko” albo rozpala do czerwoności albo studzi emocje faktem, że debiut Skoniecznego nie jest tak głęboki jak jego off.

Obraz odurza, sczytujemy każdy pojedynczy kadr, każdą grudkę tego psychotycznego amoku wcieramy sobie w mózg, a jednak może zostawiać intelektualny niedosyt. Wszystko jest dokładnie jak w życiu, jak mogłoby być, jak byśmy chcieli, żeby było, żeby tak wyglądało. Trzeba wziąć najlepszy melanż, najfajniejsze laski i chłopaków, wycisnąć z nich esencję, dobrze podświetlić i dać podkład muzyczny, szybki montaż i nie chce się wracać do domu. Jesteśmy częścią tego teledysku, na kinematograficznym haju, łykamy pigułki z napisem „Jarmusch”, „Kieślowski”, „Haneke” wszystkie są dobre.

Skonieczny nie odkrył prochów, on syntezował nowe ze sprawdzonych ingredientów, do czego przyznaje się w dialogach.   Wszystko jest powiedziane, nie ma pretensji. Nieustająca impreza przerywana jest aktami zbrodni, ascetycznymi, surowymi;  śmierć jak w życiu, bywa niewidowiskowa, a do tego wydaje się być nieuzasadniona. Ale to nie miał być przecież film o zabijaniu, tylko o rozpaczliwej miłości, o poszukiwaniu tożsamości, jak chciał reżyser. Marcin (Kowalczyk) doskonale wie co robi, wszystko przemyślał, obsadził role, przypisał winy i będzie wymierzał sprawiedliwość, bo jest buntownikiem. I przez tę kontestatorską pozę jest pociągający do tego stopnia, że można my wybaczyć nawet zbrodnię. On z nami gra, być może chodzi o rozszyfrowywanie metafor, zrywanie kurtyn, można dać się wciągnąć lub nie. Może rodzice symbolizują tu pokolenie, które zostawiło młodych samym sobie? A może Skonieczny udowodnił nam właśnie, że przeżarła nas popkultura, że życie stało się tylko ilustracją, że sens jest nieabsolutystyczny, że nie ma już czego szukać, nie ma na co czekać. Jesteśmy dobrze ubrani, ładni, żyjemy w designerskich wnętrzach, a imprezy są malownicze. Interesujemy się czymś, dokładnie nie wiadomo czym, ale jesteśmy bohemą, nie musimy wiedzieć, jesteśmy artystami.

Nie każdy musi łykać stymulanty Skoniecznego, nie każdy nabierze się na jego wizje i rzekomą iluminację, dlatego za najbardziej trafione uważam porównanie „Hardkor Disko” do „Spring Breakers”. Magia muzyki i zaklinanie obrazem  trącą próżną przepychanką na nowe szaty króla. I tu jest to zwierciadło, w którym ma się przejrzeć nasze pokolenie, nie w treści tylko w formie, bo my jesteśmy o niczym. Trochę o miłości, trochę o wódce i narkotykach, trochę o seksie i filmach. O niczym konkretnym. Zupełnie jak ta recenzja.

8/10

Paula Wakuluk

 

Pod mocnym aniołem diabelnie słabym

Samrzocha wszelkiej maści krytycy przemielili już i wypluli niczym pijacką charą. I jak okrutne, by to nie było – to wciąż jest Smarzowski. I nawet jeśli już nie trzyma poziomu, to wciąż jest nieźle. Muszę to napisać, choć bardzo nie chcę: jak na polskie kino.

aniolem

 

Smarzowski rozpaczliwie chwyta się za to pionu wytyczonego przez prozę Pilcha, a mimo to poszczególne sceny chwieją się razem z bohaterami. Jedne potykają się o nadmierną teatralność, inne, te co miały bawić, wykładają się na oczywistości. Czuć, że to film robiony po pijaku, składany po omacku, komponowany na chybił trafił. „Pod mocnym Aniołem” to książka niefilmowalna, mówił kiedyś Smarzowski, żeby później udowodnić to swoim filmem.

Filmem, który  miał dojrzewać w nim latami i z każdym kolejnym obrazem przybliżać mistrza do momentu, w którym objawi nam kompletne dzieło o uzależnieniu. Za każdym razem, gdy Smarzowski sięgał w swoich filmach po alkohol skutkowało to sugestywnym studium upadku człowieka w prozaicznej potyczce z wódą. Ale na film, którego istotą jest wóda, okazało się trochę za wcześnie. Alkoholizm Smarzowskiego,  Pilcha czy (domniemany) Więckiewicza, to nie dojrzały owoc, który można strącić z drzewa, by sfermentował w umyśle widza, ale wciąż jędrny drań, który trzyma się gałęzi drzewa zwanego uzależnieniem, głęboko ukorzenionego, silnego jak dąb, czerpiącego wodę ognistą z krwiobiegu reżysera.

anioooolDlatego nie ma mowy o współczuciu dla Jerzego (Robert Więckiewicz),  pisarza, który postanawia przestać chlać z miłości do cherlawej w mowie i ciele dziewczynie (Julia Kijowska), ani dla menela (a jeśli jest, to tylko dlatego, że mistrzowsko odegrała tę rolę Kinga Preiss). Nie ma mowy o wstydzie, bólu, empatii i obrzydzeniu, które w założeniu miał czuć widz oglądając „Pod mocnym aniołem”. Nie ma też mowy o dobrej zabawie na „najbardziej optymistycznym” filmie Smarzowskiego, bo nawet jeśli fajnie jest się czasem pośmiać z pijaka, to nałóg nie jest śmieszny ani trochę. W efekcie widz może i czuje, że brodzenie po pas w rynsztoku życia, to nic przyjemnego, ale za chwilę o tym zapomina. Farsa, czyli sceny z założenia zabawne, są pozbawione wydźwięku edukacyjnego. Odwrotnie, niż u Koterskiego we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, gdy salwy śmiechu dławiły się wstydem już w chwili wybuchu. Mnie zabrakło tej perfidnej gry na emocjach, zabrakło emocji w ogóle. To kino, po którym nie masz kaca, nie dławi cię wstręt, nie szmoczesz się przeżywając gorzkie katharsis. Całość jest jak bezalkoholowe piwo – można wypić, tylko po co?

To nie znaczy, że ten anioł nie ma mocnych stron. Są to głównie strony presizapisane aktorskimi popisami. Wspomniana już Kinga Preiss, Iwona Bielska i Adam Woronowicz byli urzekający, to jednak za mało, żeby nadać mocy tej mieszance majaków, sztucznych rzygowin, górnolotnych słów, głębokich butelek i płytkich potrzeb.

Czy w końcu, jak chciał Raczek, odnajdujemy w losach bohaterów „niebezpiecznie dużo sytuacji, które i nam się zdarzyły, chociaż nie musimy być alkoholikami”? Pierwsza scena rzeczywiście przekonuje, ale z każdym kolejnym szotem, obraz oddala się od widza, nasiąka nierealnością i pozorami. I jasne, że Jerzy mógł bywać urojony w swojej wielowarstwowości, ale on jest zwyczajnie nieprawdziwy.

 

 6/10

Paula Wakuluk

“W imię…” – recenzja

Na początek mały quiz. Czy umiesz odróżnić „trudne tematy” komercyjne od tematów trudnych istotnie? Proste – poruszanie tych pierwszych przynosi krocie mediom, twórcom „sztuki”, politykom, poruszanie tych drugich- boli. Kto by chciał oglądać film, który boli? Inaczej, kto by zapłacił za obejrzenie takiego filmu?

W Polsce istnieje pula tematów „trudnych użytkowych”. Po pierwsze polski antysemityzm. Czy o filmie „Pokłosie” Pasikowskiego było głośno, bo był dobry, czy może dlatego było głośno, bo średnio utalentowany facet zagrał na Stradivariusie? Po drugie kler, po trzecie seks – najlepiej wśród młodocianych. Dalej są inne mniejszości i wszelkie wariacje na temat kleru, seksu, Żydów i Romów. Z tego samego powodu media zaczynają szumieć wokół takich filmów – z powodu kasy, która na nas zrobią. To samo festiwale filmowe, myślicie, że organizatorzy nie chcą zarabiać? Gdyby nie chcieli nie honorowaliby takich kinematograficznych gnojotoczków, jak „Jesteś Bogiem”.

Pojęcie „trudny temat” to dla współczesnej polskiej pop-kinematografii garnek złota. Zarówno Szumowska, jak i Polski Instytut Sztuki Filmowej o tym wiedzą. A, że „W imię” wygląda trochę tak, jakby reżyserka otworzyła samouczek pt. „I ty zostaniesz Almodovarem” i zaczęła kręcić scena po scenie zgodnie z tabelką, to jest mniej ważne. Ważne jest „o czym”, a nie „jak” mówi.

 Tak, jak nigdy nie słyszano, by w roczniku 84’ objawił się Pitagoras, tak Małogśka Almodovarem nie zostanie. Nawet jeśli od czasu do czasu ją ponosi i robi naprawdę świetne sceny (intro, w którym wiejskie wyrostki w krótkiej etiudzie określają uroki nudnego letniego dnia, czyli możliwość swobodnego bluzgania i poniżania słabszych), to zaraz zajrzy na ostatnią stronę samouczka, sprawdzi rozwiązanie zadania i wynik umieści w filmie. A gdzie: „jak do tego doszło?”.

Pierwsze minuty filmu są jak pierwsze kęsy lekko tylko niedopieczonego keksa. Szumowska zainwestowała w owoce kandyzowane, ale zamiast twardego orzecha do zgryzienia rzuciła garść łupin, na których widz lamie sobie zęby. Bo oto Chyra (Adam!), jak boskim księdzem by nie był, musi polec z infantylną sceną kuszenia przez też niekiepską Maję Ostaszewską (Ewę!). Kościukiewicz (Dynia) to skarb. Nawiązał magiczną więź z księdzem Adamem, nie zamieniwszy z nim nawet zdania! To się chwali. Miało to świadczyć o głębokiej emocjonalności chłopca  i sugeruje, że ksiądz nie leci na wygląd, tylko naprawdę się zakochał. Szkoda tylko, że panowie nie zamienili ze sobą słowa, w czym zatem zakochał się tak naprawdę wykształcony Jezuita? Poleciał na wygląd.

W filmie jest dużo zmyłek i nielogiczności, za mało psychologii, a ilość łupin w tym cieście przeszkadza delektować się rodzynkami. Jestem skłonna pokusić się stwierdzenie, że to zmarnowany potencjał, para w gwizdek. Nie ma ani krwistych postaci (poza księdzem), ani miejsca na refleksję, ani akcji, ani scen godnych zapamiętania. Jest jak brzęcząca mucha, która miała oddawać podejrzaną sielskość i głuchość wsi, a zamiast tego irytuje. Z dobrych scen, które w tym filmie oczywiście są, można złożyć przyzwoity trailer. Reszta scen jest albo słaba, albo żadna, albo zbędna. 

 

5/10

Paula Wakuluk