Archiwa tagu: film

Postaw sobie diagnozę z Kino Oddycha – Paula Wakuluk

“Małżeństwo Arnolfinich” Van Eycka, czy Pollock? Rock alternatywny albo “Upiór w Operze”. A może jednak “Ostatnie kuszenie Chrystusa” i “Nimfomanka”? Które z powyższych zrobi na tobie większe wrażenie?

Film jest najbardziej złożoną z wymienionych sztuk a, uczy emocji szybciej i łatwiej, niż inne. Czasem nawet nie trzeba ruszać głową, bo i wysiłek intelektualny nie jest dzisiaj zjawiskiem ani popularnym, ani pożądanym, dlatego film często staję się wcale nienajistotniejszym elementem  wyjścia do kina. Wybieranie  miejsca, najlepiej z tyłu i na kanapie, kolejka po popcorn i litrową colę, w końcu moszczenie się w fotelach i ochocze komentowanie reklam i zwiastunów, potem sam film, a potem jeszcze dyskoteka i wódka w centrum. Rozgrzewka, start w dobry wieczór, zaczyn wglądu, przedsionek autoanalizy, terapia na bazie projekcji…?

Kinowy projektor czasem rzuca światło na te zakamarki duszy, które z kolei my projektujemy na bohaterów filmu. Filmy zjadają głowę, oplatając ją wartko akcją, robiąc uniki, ostre zwroty, zakręty i już już, nie zdążysz się zastanowić, gdy nagle czytasz napisy końcowe, drapiąc się w pulsującą skroń. Albo wloką się w nieskończoność zbyt długimi ujęciami, monotonnymi monologami, gdy jedyna refleksja dotyczy ściany w łazience: który kolor będzie bardziej pasował do armatury, magenta czy może indygo. Za mało materiału, z którego można by wyciągnąć wnioski i utkać opinię.

Natrętna myśl, że to mogłem być ja nie odpuszcza i trzyma mózg w szczypcach przez całą dyskotekę, przez całą noc i jeszcze rano. Konfrontacyjne kadry wyświetlają się w głowie podczas popołudniowej kawy w poniedziałek. Niesiesz siaty z zakupami, a w głowie przewraca ci się twarz bohaterki i jej fałszywy ruch wobec najlepszej przyjaciółki, jak ona mogła myślisz i dodajesz nieśmiało i po cichu, że dla miłości zrobiłabyś to samo. Nienawidzisz jej, zaczynasz zastanawiać się nad sobą. Cholera, to tylko głupia amerykańska komedia!

Filmy rzutują na prawdziwe życie. O to chodzi, żeby sprawdzać bohaterów pod swoim kątem, testować siebie za ich pomocą, zamienić swoje zmysły w narzędzie chirurgiczne i ponacinać własny umysł.

Pytanie, jak ekranizacja Marvela może stać się przyczynkiem psychoanalizy? Odpowiedź: to proste, faceci chcą znowu być tymi superbohaterami, którymi byli zanim skończyli osiem lat. Tak się szczęśliwie składa, trzydzieści lat później, to znów się dzieje. Oni żyją tu i teraz przez te 120 minut na wielkim ekranie: ratują świat i zdobywają piękne kobiety. Nie muszą nosić obcisłych kostiumów i peleryn, mogą mieć na sobie garnitur od Toma Forda i pracować jako agent Jej Królewskiej Mości. Film wciela w życie nasze marzenia. Albo nasze lęki, które możemy przepracować siedząc na różowym fotelu u boku ukochanej osoby i na napisach końcowych odetchnąć, że nie musieliśmy przechodzić tego wszystkiego w prawdziwym życiu. Mamy za sobą “indywidualną terapię par w grupie”, możemy jeszcze podyskutować z ukochaną po seansie i upewnić się, że ona też wybaczyłaby zdradę. “Wybaczyłabym, już wiesz, nie musisz próbować naprawdę.” Happy End. 

Oglądanie filmów to przeżycie z kategorii czytania książki, oglądania Pudelka, plotkowania z sąsiadką, omawianie czyjegoś życia z całą gamą towarzyszących tej czynności emocji: “całe szczęście to nie ja jestem tą porzuconą biedną śliczną dziewczyną”. Albo: zobaczcie, ona też cierpi, nie jestem sama, ładne dziewczyny też dostają kosza. Ojej znów ktoś umarł, a wiesz, że w czwartej klatce babcia zabiła psa?

Pożądanie przemocy w kinie może mieć wyjaśnienie w teorii katharsis, ale tu musielibyśmy zgodzić się z tym, że w każdym znam tkwi popęd do autodestrukcji. Możemy też wybrać teorię wg której obcujemy z uczuciami unikanymi – agresją, dominacją ale też bezsilnością i cielesną slabością, jak pisze Helman, która idzie jeszcze dalej twierdząc, że  doświadczenia ekstremalne, z którymi konfrontuje nas kino, mogą być wprawdzie naszym udziałem w życiu, ale wówczas płacimy cenę, na którą nigdy nie zgodzilibyśmy się dobrowolnie.

Nie chciałabym, żeby teraz fani krwawych mścicieli z podłych uliczek Nowego Jorku, albo zwolennicy westernów, w których zabijało się ściganych listami gończymi przestępców równie skwapliwie, co przypadkowych bywalców saloonów, zdiagnozowali się, jako dewianci którzy pragną bezkarnie zabijać. Właśnie dlatego filmy o przemocy są osadzone w nieaktualnej rzeczywistości – patrz western, noir, science-fiction, albo są tak malownicze – patrz Tarantino, bracia Cohen, ostatni Pasolini – tyleż perwersyjny, co piękny,  żebysmy w każdej chwili mieli potwierdzenie, że to nie prawda tylko sztuka. Jeśli zaproszę Was dzisiaj do kina na transmisję konsumpcji mózgu żywej małpy z Tajskiej restauracji (eksperyment McCauleya) nikt z was nie zapłaci za bilet, a za darmo pójdą ci którzy może faktycznie potrzebują diagnozy psychiatry, ciekawscy, którzy po minucie zwymiotują albo ci, którzy idą na wszystko co jest za darmo. Przemoc jest atrakcyjna bo nieprawdziwa. Czy ta sama zasada może działać w przypadku seksu?

Trudno szukać prawdy objawionej w “50 twarzach Greya”. A jednak ten film obejrzało w same tylko Walentynki 800 tysięcy Polek i kilku Polaków prawdopodobnie. Czego szukają panie w ekranizacji głośnej książki pogardliwie określanej, jako porno dla gospodyń? Dokładnie tego – porno. Seksprzygody z bajecznie bogatym przystojniakiem. Przecież każda z nich jest szarą myszką, w której drzemią dzikie żądze i “a niech się dzieje wola nieba! Zwiąż mnie!”. Każda chciałby przelecieć się prywatnym śmigłowcem i dlaczego by się przy okazji nie przelecieć? Rewolucja seksualna dotarła pod strzechy, dotarła głębiej niż mógł przewidzieć to Bergman, a nawet Hare Kryszna. To moment, w którym ta brudna pornografia staje się tak naturalna jak sport po wiadomościach. Tu już nie ma mowy o wstydzie, wszystkie to czytały, każda chce ogladać, każda o tym marzy, a w ukochanej demokracji to większość dyktuje warunki. Fantazjowanie o fistingu w końcu nie  jest upokarzające, dziękujemy ci Sam Taylor Johnoson!

Oczywiście, żeby kobiety mogły głośno mówić o swoim popędzie seksualnym, najpierw musiały się przyznać, ze taki posiadają. Tutaj zataczamy koło do Freuda, ale przełom przyniosły dopiero kolorowe pisma dla kobiet, z których okładek krzyczały chude modelki oblane photoshopem jak męska chucią: mam prawo do orgazmu! W sukurs przyszły dziewczęta z Nowego Jorku, czyli wielkiego miasta, w którym wszystkim chodzi o seks i prostą drogą zaprowadziły współczesne kobiety do tak zwanego wyzwolenia. Ładne słowo w praktyce oznaczające samotność, którą zresztą udało się zamienić w wybór. Nie każda bowiem wyglądała, jak Carrie Bradshow, przeciwnie, większość z tych wyzwolonych miało rysy Bridget Jones. I do zaniedbanej neurotycznej kluseczki w końcu uśmiechnie się Hugh Grant. Czy kobieta może mieć większe marzenie? Na końcu singielka może wybierać między nim a Collinem Firthem. Już nie musimy marzyć o miłości jak z “Titanica”, o wolności dokonywania sercowych wyborów, możemy przestać być dumne i uprzedzone, nareszcie my nieidealne, a nawet skończenie przeciętne kobiety z przedmieścia możemy mieć największego przystojniaka w Notting Hill. Mało tego, możemy mieć kogo chcemy i ile razy chemy, przecież zwiazek z definicji tylko nas krępuje. Dzisiaj możemy być jednocześnie z wilkołakiem i wampirem!

Oczywiście “50 Twarzy Greya”, to tak samo jak w przypadku “Nimfomanki” tylko podpucha. Nie ma porno w kinie, ale bilety i tak sprzedają się jak świeże bułeczki, cel osiągnięty.

Nie idźcie tą drogą chciałoby się ostrzec kolejnych filmowców przełamujących tak zwane tabu. A jednak są ściany których burzyć nie wolno – nośne. Razem z nimi runęłaby cywilizacja i to nie jest hiperbolizajca, dlatego filmowcy muszą szukać innych waz do stłuczenia. Tim Miller, reżyser i scenarzyści Rhet Reese oraz Paul Wernick to są prawdziwi bohaterowie, prawdziwi bohaterowie filmu “Deadpool”, odsłonili oś na której opierają się i jadą kolejne produkcje Marvela. Jasne, smieją sie z Leama Neessona, ale śmieją się tez z Hulka i całej reszty. To jest szydera z całego tego superheroegatunku. Myślicie, że masa tego nie doceniła? Wziąłwszy pod uwagę, że masa jest już dzisiaj w okolicach trzydziestki i ma, przepraszam, jaja? literalnie?

“Deadpool” podczas premierowego weekendu zarabia o 50 milionów dolarów więcej niż porno dla kucharek. Promowany może tylko nieco mniej nachalnie niż “50 twarzy…” ale nie miał preludia w postaci książki, chociaż tytułowa postać pojawiła się w “X-Men Geneza: Wolverine” i w komiksach oczywiście. Ale wynik i tak jest gigantycznym zaskoczeniem.  Czy to oznacza, że zarówno chłopcy i dziewczęta przestali brać świat na poważnie? Skończyła się era super superbohatera? Przypominam, że “Deadpool” debiutuje w Walentynki razem z komedią “Jak to robią single” i rozkłada ją na łopatki. Bije rekord świata i historii kinematografii, luty 2016, rok w ktorym seksowne stało się śmieszne. Producent nie bał się niepoprawności politycznej, siarczystych przekleństw, kategorii R, nie bał się że nie puszczą go w Chinach. Hello, tu sie dopiero zarabia dolary, i to dopiero świadczy o tym, jak przemyślany był to blockbuster. Warto było w komiksie umieścić więcej nagich kobiecych piersi i wyuzdanych scen łóżkowychm żeby w zachodnim świecie stać sie filmem wszechczasów. Historia miłosna jest tyleż śliczna co infantylna, ale każdy facet chciałby miec taką.. historię, która nazywa się Morena Baccarin, że o klacie Reynoldsa nie wspomnę. Jest najlepszy kumpel, który według filozofii memów jest także najgorszym kumplem, jest śmiertelny wróg, widowiskowe pościgi, krew leje się wartkim strumieniem jaskrawym, sposoby na uśmiercanie wroga coraz bardziej wyszukane i pointa- główny boahter nie jest dobry i do ostatniej chwili naśmiewa się z konwencji filmów o bohaterach. Czas na diagnozę:

 

Zostawiam wam przestrzeń na notatki, bo wnioski po… nasuwają się same. Deadpool jest samolubny, pyszny i nieśmiertelny. Deadpool jest nihilistą, hedonistą, brzydalem i mięśniakiem, kiedyś był zakochany, ale nie chciał nikogo ranić, dlatego porzucił zakochaną w nim po uszy dziewczynę. Taki jest bohater XXI wieku tak mi dopomóż Mel Gibson.

 

Paula Wakuluk

fot. materiały prasowe

Doktora honoris causa gry i zabawy. Michael Haneke, “Funny Games U.S.”

haneke“Ludziom się wydaje, że skoro opisuję w filmach, jak rodzi się zło, muszę być strasznie poplątany emocjonalnie…”

 Michael Haneke został doktorem honoris causa Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, czyli łódzkiej filmówki. Podczas laudacji rektor uczelni Mariusz Grzegorzek zaznaczył, że uczelnia uhonorowała wielkiego artystę, niezwykle utalentowanego, mądrego, skromnego, bezpretensjonalnego, konsekwentnego, pracowitego, który każdym swym filmem powstałym w ciągu kilkudziesięciu lat reżyserskiej aktywności przywracał wiarę w kino najwyższej próby.

 
“(…) Są w historii sztuki dzieła, które zachowują klarowność, spokój, czystość kompozycji i jednocześnie obejmują świat w całym skomplikowaniu – tu bym się powołał np. na filmy Roberta Bressona albo na muzykę Jana Sebastiana Bacha. Ich dzieła nie siląc się na nic, w spokojny, klarowny sposób oddają złożoność świata. Myślę, że to samo można powiedzieć o twórczości Haneke.” Mariusz Grzegorzek
 
Trzykrotnie nagrodzony w Cannes (Grand Prix za “Pianistkę” w 2001 r., Złota Palma dla najlepszego filmu za “Białą wstążkę” w 2009 r. i za “Miłość” w 2012 r.). Jego ostatni film, “Miłość”, krytycy uznali za arcydzieło. Obraz zdobył – oprócz Oscara i Złotej Palmy – nagrody Złoty Glob, BAFTA, Cezar i kilkanaście innych.
 
 
 
 
 Dla mnie Haneke, to przede wszystkim “Funny Games”. Film, który wyłączyłam obrażona , żeby później zakochać się w nim bez pamięci, wielokrotnie wracać i zawsze odnajdywać coś nowego. Film-wernisaż, popis nie tylko wiedzy i znajomości tajników kina, ale przede wszystkim demonstracja inteligencji twórcy, anty-katharsis, biały kruk w swoim gatunku. Prawie tak samo ważny film w twórczości Austriaka stanowi dla mnie “Pianistka”, której recenzji także możecie się spodziewać w przyszłości. Tymczasem:
 
 
 
naomi_watts_in_funny_games_wallpaper_1_1280Tim Roth (George Farber) odtwórca głównej roli, nie obejrzał tego filmu. A Ty? Dasz radę?
Będziesz chodził po pokoju, palił papierosa za papierosem, wiercił się na krześle i pytał siebie: po co? Będziesz tupał nogą i z grymasem na twarzy powtarzał: ja się tak nie bawię! Ale nie przerwiesz seansu. Wobec tego filmu jesteś bezradny. Ktoś się Tobą zabawia, a Ty masz związane ręce. Taka gra. Fajna gra.

Najpierw muzyka. Handel rozlewa się rozkosznie z głośników tylko po to, żeby zaraz ustąpić miejsca Naked City – połamanym metalowo – punkowym dźwiękom, podkreślonym atawistycznym wrzaskiem i psychodelicznym jękiem. Już wiesz, że w ten arcydzielnie skomponowany świat państwa Farber wedrą się fałszywe nuty, że za chwilę ktoś w białych rękawiczkach szarpnie za delikatne struny doskonałego życia, by wyrwać ich z przeświadczenia, że wszystko może być proste i piękne, jak… w filmach.

Haneke doskonale wie, jak się robi taki film. Taki o przemocy na przykład, w którym trup ścieli się gęsto, ukwiecając bohaterom drogę do chwały. Taki, w którym jeden człowiek kolekcjonuje ludzkie istnienia, rozłupując czaszki i podcinając żyły- wszystko w imię ratowania świata, USA albo przynajmniej porwanej córki. Haneke wie, że widz lubi soczyste gore i zło czające się pod łóżkiem. On wie, jak to się robi, dlatego się w to nie bawi. On woli pobawić się nami.

 
pitPrzedstawia nam kochającą się rodzinę 2+1 o wymarzonym profilu: bogaci, wykształceni, szczęśliwi i zaprasza do wspólnej radosnej lobotomii. Do końca nie wiadomo, kto jest tutaj antagonistą. Czy Peter (Brady Cobert) i Paul (Michael Pitt ma w sobie perwersyjny urok, który tamuje obrzydzenie, a sprawia, że widz odczuwa podejrzaną sympatię), czy może… Ty?

Bo to Ty serwujesz sobie tę zdemoralizowaną rozrywkę, patrząc na cierpienie niewinnych ludzi, patrząc na ich psychiczne upodlenie, na zboczone gierki, które Paul i Peter urządzają sobie na ekranie Twojego telewizora. 

Film to remake (autoremake?) obrazu, który powstał dokładnie 10 lat wcześniej, w 1998 roku. Remake, to za mało powiedziane, to wierne odwzorowanie oryginału kadr po kadrze, tylko, że w warunkach hollywoodzkich. Niejeden obrażał się na reżysera, czyniąc mu zarzuty o komercję. Cóż, Michael Haneke zrobił „Funny Games” po raz drugi , bo mógł. Nie musiał, ale chciał, tak samo, jak Ty, drogi widzu, nie musisz oglądać tej filmowej prowokacji. Ale przecież chcesz. Z wirtuozerią spleciona relacja oprawców i ofiar wciąga Cię w masochistyczną zabawę, której nie umiesz się oprzeć. Przyjrzyj się, jaki jesteś zepsuty, zdaje się grozić palcem reżyser. Zresztą, postmodernistyczne zabiegi autotematyczne, jak zwracanie się wprost do kamery, czy kultowe już przewijanie taśmy, wskazują na to, że twórca filmu to nie tylko reżyser. To demiurg. A „Funny Games U.S.” to lustro, które skierował w naszym kierunku. Peter i Paul to dwa błyszczące orbitoklasty, narzędzia-klucze do naszych odrażających dusz, które karmione dużymi porcjami przemocy, zdrewniały i nie wydają już żadnych dźwięków. No chyba, że dyrygentem jest Haneke.

 

10/10

Paula Wakuluk

 

 

Kino oddycha

kod10Kinem opętana, zakochana bez pamięci w filmach, szarpana wichrem tytułowej namiętności, inspirowana klasyką, napędzana nowością, stymulowana niekomercyjnym, niemożliwa do zamknięcia w jedną filmową klatkę, skończenie subiektywna- audycja filmowa w Radiu Akadera.

Jak w każdą w sobotę po 15 i tym razem spotkamy się na falach 87.7 FM, żeby przedyskutować najnowsze wydarzenia ze świata filmu, sprawdzić, co dobrego (i nie) proponują nam białostockie kina, ocenić, to, co zobaczyliśmy w minionym tygodniu,  a także przyjrzeć się zapowiedziom. Zaproszenia do kina też się znajdą. W temacie tygodnia – anime. Tak przy okazji 2. Podlaskiego Festiwalu Anime.

 

Cięcie.

Paula Wakuluk