Normalny film o życiu. Kino Oddycha poleca: “Boyhood”

„W jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (…). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (…)i nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii.”

A tobie z czym kojarzy się dzieciństwo?

Richard Linklater uważa, że najczęściej zapamiętuje się nastrój chwil, pojawia się luźny ciąg niepowiązanych ze sobą sytuacji. Pozornie nudnych i niewiele znaczących.

boyhooI taki właśnie jest „Boyhood”, który opowiada o transformacji chłopca w mężczyznę w sposób tak niepretensjonalny i zwyczajny, że fascynujący. Złożony z kilkunastu scen z życia w prawie trzygodzinną letnią przygodę, jaką jest dzieciństwo i młodość. Ellan Coltrane miał 9 lat, gdy padł pierwszy klaps, następne padały raz do roku przez kolejne 12 lat. Linklater, jego córka Lorelei, która zagrała siostrę Masona, Patricia Arquette (cudowna zarówno, jako matka, jak i kobieta, szukająca szczęśliwego życia, a wciąż znajduje to samo, tylko trochę inne) i Ethan Hawke (co za wąs!) , wszyscy przez te lata dyskutowali istotę przemijania i budowali wokół niej film, w którym starsza siostra Masona zmienia się w kobietę, zmienia mężów i domy ich matka, i poszukuje swojej drogi ojciec. Wszystko się zmienia (no prawie wszystko) i wszystko przemija,  nawet młodość jest przemijaniem dzieciństwa.

“Boyhood” nie chce stawiać wielkich egzystencjalnych pytań, mimo, że takie pytania zadają sobie bohaterowie. Każdy z nich szuka siebie niezależnie od tego, ile ma lat. To może oznaczać, że proces dorastania trwa tak naprawdę przez całe życie. Znajdziemy tu kilka ciekawych odpowiedzi, ot na przykład taką, że doświadczenie uczy, że doświadczenie niczego nie uczy, albo, że są na świecie  rzeczy wieczne, niezależne od upływu czasu, na przykład Beatlesi. Moda się zmienia, zmienia się nasza sylwetka i sylwetki aut na ulicach, zmieniają się fasony dżinsów i trendy w muzyce, ale to przecież tylko scenografia. Cała reszta, czyli ten magiczny mitologiczny krąg życia od wieków jest niezmienny, mimo, że wieki temu nie było X-boxa i Facebooka. 

 „Boyhood” to zwykłe życie.  Czasem boli, częściej bawi do rozpuku, jasne, że niekiedy się dłuży, ale innym razem mija w mgnieniu oka. Oglądając tę baśniową, prawdziwą historię w kinie, miałam wrażenie, że wszyscy czekają na punkt zwrotny, jakiś przełom, najlepiej tragedię większą, niż alkoholizm drugiego męża matki Masona. Tymczasem kulminacją normalności były napisy końcowe. Nie pamiętam drugiego tak niesiłowego i uczciwego filmu. „Boyhood” jest jak album rodzinny tylko trochę bardziej szczery, w którym zdjęcia pozowane przeplatają się z tymi robionymi z zaskoczenia i tymi z ukrycia. Poklatkowa ilustracja przeciętnej rodziny, może nieco mądrzejszej niż przeciętna, rodziny, która z przeciwnościami losu walczy rozumem i jednak, nie zważając na to, jak bardzo to ograny i staroświecki sposób – miłością.

 

 7/10

Paula Wakuluk

Fot. Materiały Prasowe