Kino Oddycha poleca: twoje szczęście moim nieszczęściem – “Happiness” Toda Slonondza (1998)

Są tu przedziwne fryzury i niepokojące fasony ubrań, w których bohaterowie przeżywają szarpaninę moralności, symptomatyczną dla czasów, gdy już dużo było w kinie wolno, ale jeszcze nie wszystko. Tamto kino, traktujące o współczesności, zakłada szacowny woal, jednocześnie zrywając kurtyny. Obrazy o dramatach i nadziejach lat 90. są przedziwnie prawdziwe, aż ocierają się o „Dogmę”, generują gorzkie smaki sączące się z kolorowych kineskopów. Stanowią przygnębiającą, ale i wartościową przeciwwagę dla efekciarskiego kina tamtych lat.

kolorowe

Nie inaczej dzieje się w „Happiness” Toda Solondza. Jego szczęście aż ocieka przewrotną perwersją, pokazując nam zwykłych ludzi, którzy robią złe rzeczy, żeby osiągnąć spełnienie. Dla nas oni na zawsze pozostaną tylko zwykłymi ludźmi. Środek ciężkości Solondz kładzie na miłość własną. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, żeby wreszcie osiągnąć satysfakcję i co, jeśli możemy ją zdobyć tylko kosztem innych ludzi? Czy jeśli moje pragnienie szczęścia ingeruje w czyjąś przestrzeń, zakłócając ją, mam na zawsze pozostać nieszczęśliwy? Wszystko jak zawsze kręci się wokół miłości, bo to jej deficyt powoduje chroniczną samotność, która rodzi zaburzenia. Miłość to jedyny tak uniwersalny klucz do szczęścia. Bohaterowie „Happiness” spędzają życie na nieudolnej zabawie w ślusarza, próbując coraz to bardziej wynaturzonych metod na samozadowolenie, wkładając w jedną dziurkę wciąż niepasujące dorabiane klucze.

hoffman seymour

Szczególnie dobrze robią obrazowi doskonale obsadzone role. Najjaśniejszym blaskiem świecą Phillip Seymour Hoffman jako samotny półekshibicjonista i genialny Dylan Baker, który jest bodaj najmocniejszym elementem tej ludzkiej mozaiki. To na niego będziemy patrzeć ze zrozumieniem i obrzydzeniem zarazem i to jego postać będzie wytrychem do psychiki człowieka seksualnie zaburzonego i jednocześnie skończenie normalnego. Do tych dwojga dorzucam jeszcze wisienkę na torcie, Larę Flynn Boyle. Tę piękność pamiętamy z „Miasteczka Twin Peaks”, tutaj jako przekalkowana grubą kreską femme fatale jest połyskującym szkiełkiem w witrażu skrajnie różnych osobowości, które układają się w nieszczęśliwą całość amerykańskiego społeczeństwa.

Bo „Happiness” nie uszczęśliwia. Zasmuca i obrzydza, irytuje i uprzykrza życie. Dokładnie takie może być czasem nasze szczęście dla innych. W tym filmie Solondz posługuje się już pewną ironią i dorzuca dozę cynizmu. We wcześniejszym „Witaj w domku dla lalek” wybrał bardziej dosłowne środki, później, na przykład w „Palindromach”, eksperymentował z formą, zawsze jednak wybierał tematy ważkie i z lubością obnażał naszą hipokryzję. Naszą, czyli modelowo szczęśliwych ludzi, których toczy nowotwór psychicznych zboczeń, upchany po kątach eleganckich mieszkań, chowany po kieszeniach markowych ciuchów.

Niejaki Budda mawiał, że cudowne jest opanowanie umysłu, tak trudnego do opanowania (…), poskromiony umysł przynosi szczęście. Umysł może występować zamiennie z ludzkimi żądzami, jak się okazuje, tych nie da się opanować w dążeniu do szczęścia. Je trzeba zaspokoić.

 

7/10

Paula Wakuluk