Mężczyzna prawie idealny był raz w Kinie Konesera.

Według niektórych szablonów nasz bohater, którego polski dystrybutor określa mianem prawie idealnego, często nie wpisywałby się nawet w definicję tak zwanego prawdziwego mężczyny. Odpowiednie słowo nadaje rzeczy dopiero angielski tytuł: „The Almost Men” (prawie mężczyzna), choć i oryginalny „Mer eller mindre mann” (mniej więcej mężczyzna) dobrze oddaje charakter tego, o którym traktuje drugi w karierze film Martina Lunda „Mężczyzna prawie idealny”.

mer-eller-mindre-mann-bluray

Henrik (Henrik Rafaelsen) jest zabawny i to inteligentnie zabawny. Charakteryzuje go ten lekko absurdalny i błyskotliwy rodzaj dowcipu, który można pomylić z prostactwem bądź chamstwem. Skąd wiem, że się nie pomyliłam? Bo Tone (Jane Heltberg) nie zainteresowałaby się ani chamem ani prostakiem. Tone jest urocza, uśmiechnięta, zakochana i pełna wyrozumiałości dla swojego dużego chłopca. Właśnie razem zamieszkali, ona jest w ciąży, on wciąż nie może zachować powagi. To dobrze, bo, jak radzą podręczniki szczęśliwego życia, nie wolno nam zabijać swojego wewnętrznego dziecka. Problem pojawia się, gdy wewnętrzne dziecko zabija nas. 

tancza

Jak znaleźć złoty środek? Myślicie, że Lund przygotował Wam szkolenie z wiedzy o życiu w rodzinie? Że znajdziecie odpowiedź na odwieczne pytanie nurtujące filozofów świata? Nie będzie zbyt dużym nadużyciem, jeśli powiem Wam, że nie. Tak, jak nie znajdzie nigdy dorosłości Piotruś Pan, bo niby czego tu szukać? Ponurej odpowiedzialności za każde słowo i gest? Za czym tu tęsknić? Za teczką urzędnika, pracą od 7.00 do 15.00 i usztywnionymi, nie tylko krawatem, rozmowami ze współpracownikami o słupkach i wykresach? To ma być lepsze, niż partyjka squashaz kolegami zwieńczona rytualną kocówą? Impreza przy kieliszku białego wina w towarzystwie melomanów ma być lepsza, niż melanż z obowiązkowym sikaniem z balkonu i niezobowiązującym buziakiem z językiem, z hojnie wyposażoną przez naturę koleżanką? Nie ma głupich! Choć utarło się uważać za głupców tych, którzy nie spoważnieli na czas.

 Henrik ma już niewiele czasu na beztroskę, bo jak sugerują kulturowo-obyczajowe standardy, trzydzieści pięć lat, to już ostatni dzwonek, żeby pożegnać się z życiem i przywitać monotonię dorosłości. Co tu wybrać?

„Mężczyzna prawie idealany” może być męskim odpowiednikiem filmu „Frances Ha”, ale jest dużo zabawniejszy.  Może być też jednym z rozdziałów „Donomy”, która traktuje o tym, że wszystkie pary świata wytwarzają specyficzną nić komunikacji, z każdym człowiekiem rozmawiamy tak samo i jednocześnie z każdym zupełnie inaczej.  Bo niezależnie od tego, czy jesteśmy starzy, czy młodzi, czy jesteśmy zupełnie pomiędzy tymi okresleniami, wszystkim nam chodzi o to, żeby się dogadać z ukochaną osobą i żyć szczęśliwie. Jednak w dalszym ciągu materiału i dramaturgii wystarcza jedynie na nowelę, komponowanie z tych danych całego filmu nosi znamiona oksymoronu, który (prawie) występuje  w tytule. Gdyby ten film osadzić w amerykańskich realiach, mielibyśmy komedię typu „Ted” albo dużo gorszą, w realiach europejskich zabawne sytuacje bywają  niejednoznaczne, czasem absurdalne, a czasem żenujące. Ten rodzaj zakłopotania zachowaniem Henrika wpędza jest tak przejmujący, że nie można nie ukłonić sie nisko w stronę idealnego, nomen omen, Rafaelsena. Mamy zzatem walor edukacyjny, ale ciągle nie mamy odpowiedzi: jak żyć?

Cały ten film jest synonimem swojego bohatera, tego załóżmy „prawdziwego mężczyzny”. Idealny w nazwie, przeciętny w praktyce.

5/10

 

 

Paula Wakuluk